| |
Popuszczanie pasa na wakacjach
powiększ zdjęcie
Mrożone ryby, kebab z rozwalającej się budki wciśniętej między wydmę a toi toja, frytki odsmażane na tygodniowym oleju, a może specjały regionalne, które bardziej przypominają te serwowane w amerykańskim fast foodzie niż w knajpie na gdyńskim Skwerze Kościuszki? Polacy na wakacjach zapominają o wszystkich żywieniowych postanowieniach. Sprawdziliśmy, co tak naprawdę jedzą podczas urlopu.
Polska kebabem stoi
Kilka tygodni temu mój znajomy wyjechał na wakacje z żoną i synem. Znudziły mu się zagraniczne wojaże i oferty last minute, więc postawił na rodzime dobro turystyczne. Wybrał Nidzicę – Mazury skusiły go nie tylko pięknymi jeziorami, ale też zakątkami, gdzie można, mimo ogromnej popularności okolicznych kurortów, pobyć sam na sam z naturą. Szybko jednak okazało się, że gastronomiczna oferta tego miejsca nie nawiązuje do jego tradycji.
Paweł poczuł, że trafił do królestwa fast foodu, gdzie o swoje wpływy walczy turecki przysmak, czyli kebab. – Obserwowanie rekonstrukcji rycerskich pojedynków na zamku umilały zapachy wydobywające się z umieszczonych kilkanaście metrów dalej budek z kebabem. Byłem przerażony, kiedy zobaczyłem, że chwilę po tym, jak zakończył się rycerski pokaz, prawie wszyscy turyści ustawili się w długiej kolejce po swoją wymarzoną kanapkę – opowiada Paweł.
Dietetycy słusznie zauważają, że równie szybko przybieramy na wadze zimą, jak i w czasie urlopu. Słodkie napoje, które zamiast gasić pragnienie, jedynie je potęgują, tłuste potrawy i słodycze, w spożywaniu których nie przeszkadza lejący się z nieba żar, to podstawowe żywieniowe grzechy Polaków. A właściciele restauracji i barów oferujących te ciężkostrawne dania czekają na dwa magiczne miesiące, podczas których można zbić fortunę na naszych słabościach.
Wakacyjne grillowanie
Robert, student z Warszawy, właśnie na wakacjach z rodzicami przekonał się do jedzenia frytek, które później pochłaniał w przerażającej ilości. – Prawdziwy smak frytek poznałem dopiero nad morzem. Wcześniej nie chciałem ich nawet spróbować. Ale to były jeszcze czasy, kiedy dbano o klienta i przykładano wagę do jakości serwowanych potraw. Teraz po zjedzeniu porcji frytek z baru przy plaży można spędzić kilka godzin w toalecie – mówi Robert.
Równie popularne jak bary szybkiej obsługi są ogródki z grillem. – Nad polskim morzem teraz jest więcej miejsc, gdzie można zjeść szaszłyk czy kaszankę z grilla niż świeżą rybę. Zastanawia też obecność w menu pieczonych oscypków, które powinno się jeść ze smakiem po górskiej wycieczce, a nie w czasie plażowania – dodaje Robert.
Dlaczego wybieramy fast foody zamiast przysmaków, które można zjeść tylko tam, gdzie akurat wypoczywamy? – Bo jest taniej i szybciej, a poza tym znalezienie miejsca, gdzie zjemy zdrowo i za przyzwoitą cenę graniczy z cudem. Właściciele bud ze śmieciowym żarciem zorientowali się, że mogą na tym zbić fortunę. Po co inwestować w coś innego, skoro to kochają Polacy? Problem zaczyna się wtedy, kiedy chcemy zjeść coś poza kebabem czy zapiekanką – zastanawia Matylda, doktorantka z SGGW w Warszawie.
Wakacje, czyli popuszczanie pasa
Marcin od kilku miesięcy jest na diecie, ale wyjazd na wakacje to dla niego szansa na to, by odpocząć od jedzeniowego rygoru. Ostatni weekend, jaki spędziłam z nim i naszymi przyjaciółmi w Krakowie, który dla wielu Polaków punktem docelowym wakacyjnych podróży, uświadomił mi, że Marcin równie szybko, jak schudł, może przybrać na wadze. – Wakacje to dobry moment, by, dosłownie, popuścić pasa (śmiech) – mówi. Nic dziwnego, bo skomponowane przez niego jednodniowe menu nie ma nic wspólnego z tym, do którego powinni się stosować ludzie na diecie.
Marcin od zapiekanek na Kazimierzu wolał dwa kubki azjatyckiego makaronu, a lampkę wina zamienił na litr słodkiej Coca Coli z wódką. Powód? Ten sam, co w przypadku Matyldy. Marcin uznał, że lepiej zjeść więcej, ale gorzej, bo dzięki temu można zaoszczędzić kilka złotych. Trudno było mu wytłumaczyć, że zamiana priorytetów – jakość na ilość, a nie odwrotnie – byłaby korzystniejsza dla jego zdrowia i nie nadszarpnęłaby budżetu.
Czasem jednak na wakacjach w utrzymaniu właściwej diety nie pomaga nawet silna wola. Dla Mai, redaktorki z Warszawy, tegoroczne wakacje w Dziwnowie były prawdziwą udręką. – Jestem na diecie od lutego, sporo schudłam. Ale wiem, że nie mogę sobie pozwolić nawet na małe grzeszki, bo od razu przybieram na wadze. Jadąc nad morze, nastawiłam się na jedzenie lekkich potraw. Oferta restauracji i barów nie była, niestety, przystosowana dla osób, które muszą myśleć o tym, co jedzą. Jeśli już w kartach znalazły się sałatki czy pasty, to wszystko, jak okazywało się po podaniu, zatopione w majonezowym dresingu – opowiada.
(Anty)tradycja
Restauratorzy nie wierzą w potencjał tradycyjnej kuchni. Eksperymenty ze śródziemnomorską czy amerykańską gastronomią zamiast urozmaicać ofertę gastronomiczną miejscowości turystycznych, nie wpływają na nią korzystnie. Maja wspomina, że w Dziwnowie nie mogła znaleźć knajpy z regionalnymi potrawami. – Dominuje tam raczej jarmarczna stylistyka. Udało mi się trafić do polecanej przez wszystkich restauracji przy ulicy Kościelnej, ale jedzenie pozostawiało wiele do życzenia. I, jak zwykle, zamiast ryby czy świeżych warzyw byłam skazana na rozmrożoną pizzę i inne pseudowłoskie potrawy. Moją uwagę zwrócił też przaśny wystrój tego miejsca – połączenie tradycji, czyli jakże przydatny latem kominek, z nowoczesnością – wysokie, białe krzesła. Jedzenie w takim miejscu było nie tylko smakową, ale i wizualną porażką – opowiada.
Ofiarą własnego żartu stał się Piotr, anglista z Krakowa. – Poszedłem do smażalni ryb. Kelnerka zaproponowała pangę, czyli rybę, która kojarzy mi się nie ze smacznym obiadem, ale papką serwowaną nam na szkolnej stołówce. Zapytałem, żartując, czy mają w karcie jakieś inne ryby z Bałtyku. Pani, która mnie obsługiwała, zaskoczona pytaniem stwierdziła, że nie – opowiada rozbawiony.
Mrożone ryby, kebab z rozwalającej się budki wciśniętej między wydmę a toi toja, frytki odsmażane na tygodniowym oleju, a może specjały regionalne, które bardziej przypominają te serwowane w amerykańskim fast foodzie niż w knajpie na gdyńskim Skwerze Kościuszki? Polacy na wakacjach zapominają o wszystkich żywieniowych postanowieniach. Sprawdziliśmy, co tak naprawdę jedzą podczas urlopu.
Maja wszystkim tym, którzy jednak chcieliby skosztować czegoś smacznego, poleca wyprawę do jednej z restauracji w Międzyzdrojach. – Byłam tam w ubiegłym roku w czasie festiwalu gwiazd. Niestety, nie znalazłam zbyt wielu lokali, w którym można przyzwoicie zjeść. Dominują raczej sezonowe "parasolki", gdzie podaje się grillowane mięso i rozwodnione piwo. Warto jednak odwiedzić restaurację na Placu Neptuna. Przetestowałam tam grecką sałatkę, mój mąż był zachwycony pizzą i wołowiną w sosie kurkowym. Zdecydowanie wybierając spośród innych miejsc, gdzie zamiast zapachu jedzenia unosi się przykra dla zmysłów woń odgrzewanego po raz setny oleju, ta restauracja wygrywa – dodaje.
Urok rodzinnych restauracji
Barbara, socjolog z Krakowa, docenia urok małych miasteczek. To tutaj osoby prowadzące restauracje o wiele bardziej dbają o swoich klientów. – Jeździłyśmy z siostrą na wakacje do Miastka. Nie chciało nam się gotować, dlatego chodziłyśmy do baru Piccolo. Podawano tam świetne domowe jedzenie – dobre naleśniki i pierogi. Wszystko w najlepszym wydaniu – puszyste ciasto, pyszne nadzienie. Pamiętam, że w piątek podawano "zestaw weekendowy dla dzieci", czyli naleśniki z czekoladą i kolorową posypką. Ustawiały się po nie kolejki! – opowiada.
Podczas wakacji najlepiej stołować się w małych, rodzinnych restauracjach, gdzie produkty kupowane są na bieżąco. – Byłem z rodzicami na Mazurach. Poszliśmy na obiad do małej restauracji. Zamówiliśmy standard, czyli rybę z frytkami i surówką. Czekaliśmy około 40 minut. W końcu moja mama zainteresowała się losami naszego posiłku. Poszła zapytać kelnerkę, kiedy zrealizuje zamówienie. Wtedy usłyszała, że rybacy mają problem ze złowieniem ryby, o którą poprosiliśmy... Restauracja mieściła się przy jeziorze i pracownicy na bieżąco je łowili, patroszyli i smażyli, żeby klienci dostawali to, co najświeższe – opowiada Patryk, maturzysta z Warszawy.
Kebab – kulinarne dobro narodowe
Właściciele restauracji w miejscowościach turystycznych wiedzą, że nie muszą się przejmować jakością serwowanych produktów, bo odwiedzający ich klienci i tak zajrzą do nich zaledwie kilka razy. Za rok czy dwa nie będą pamiętać o złym wrażeniu i znów dadzą się nabrać na kuszącą cenę. Szkoda, że zamiast regionalnych i łatwych do przyrządzenia potraw, restauratorzy albo eksperymentują z kuchnią, o której nie mają pojęcia i bazują na marnej jakości produktach, albo podają nam już chyba bardziej polskiego niż tureckiego kebaba. Za kilka lat to właśnie on, razem z popularnym fish&chips, stanie się naszym kulinarnym dobrem narodowym.
Źródło: onet.pl
Polecamy poniższe produkty:
|
Potrzebujesz pomocy?
 |
Zadzwoń 12 379 45 45 517 789 432
Napisz maila
frito@frito.pl
|
|